Kółka

zainteresowań

Nasz pierwszy rajd - Dzień siódmy

8.06.2012
Dziś mieliśmy jechać busem do Tulln i dopiero tam dosiąść naszych jednośladów, ale nie chciało nam się ładować rowerów na przyczepę, dlatego zdecydowaliśmy, że ruszymy już od campingu. Po pięciu dniach widać, że nauczyliśmy się pedałować i trzymać równe tempo. Prowadzimy mniej rozmów, a jadąc pod górkę, aż miło posłuchać, jak wszyscy zmieniają przerzutki. Wreszcie stanowimy zgrany zespół, a właściwie peleton, który rozwarty jest na przestrzeni 200 metrów. Nawet udaje nam się wyprzedzać innych rowerzystów - to już spory sukces.
W miejscowości Tulln, która powstała ok. 791r. a prawa szlacheckie przyjęła ok. 991r., przywitała nas fontanna, obok której przejechaliśmy. Pani Marta nie zdążyła o niej opowiedzieć (przyznaję, z mojej winy), ale jest to pomnik ilustrujący średniowieczną „Pieśń o Nibelungach”, która ukazuje świat pełen gwałtownych namiętności i krwawych wydarzeń, związanych głównie z walką o władzę.
Jadąc dalej, wstępujemy do Klosteneuburgu, w którym znajduje się opactwo zwane „sakralnym pałacem”. Stąd zabieramy jedną z uczestniczek naszego rajdu i szczęśliwi docieramy do Wiednia.
O mieście tym napisano wiele przewodników, więc nie będę się rozwodził. Na finiszu każdy otrzymał pamiątkową koszulkę i tak zaopatrzeni dotarliśmy do Katedry św. Szczepana. Pani Marta, Basia i ja tym razem zabawiliśmy się w parkingowych i na ochotnika zgłosiliśmy się, by pilnować naszych rowerów. Trwając na posterunku, czas umilaliśmy sobie pyszną kawą i tortem Sachera z nadzieniem morelowym, przypominającym nam dolinę Wachau.
Po godzinnym odpoczynku ruszamy na camping. Wracając nad Dunaj, przejeżdżamy obok strefy kibica, gdzie właśnie trwa transmisja meczu Polska-Grecja. W barze, w którym jemy ostatnim posiłek, dowiadujemy się, że wygrywamy 1:0.
Posileni, ponownie dosiadamy dwukołowych rumaków. Podążamy na miejsce noclegu. Jeszcze ostatni podjazd, ostatnie machnięcie korbą, ostatni gwizdek p. Basi i… jesteśmy na miejscu! Pokonaliśmy dziś najdłuższy odcinek - 88,82 km! Na miejscu – niespodzianka: nasze bagaże i namioty znajdują się w innym miejscu! Czekamy trzy godziny w korytarzu między toaletami a prysznicami, bo właśnie przechodzi nawałnica i burza. Liczymy straty: jedna dętka, korba p. Basi, kask Bartka, szpilki i pałągi do namiotu Michała…
Na naszych koszulkach był wypisany napis informujący o przejechanych kilometrach: 334, ale jak to bywa, zawsze wychodzi jakiś PLUS. To tu, to tam trzeba dołożyć 1, 2, 3 km… My spędziliśmy w siodełku 433.47 km i 26:09:08 godzin!
Na koniec przydałaby się jakaś puenta… Jeden z uczestników, kiedy przygotowywaliśmy nasze rowery do transportu, powiedział zamyślony: „Jak to jutro będzie? Nie wsiądziemy na nasze rowery”…Jutro nie, ale na następnym rajdzie TAK.

 

JoomBall - Cookies

Search